Bruce Almighty
"Bruce Almighty" to kolejny, choć nieco stonowany głupkowaty film z Jimem Carrey'em. W dodatkowej roli wyciszonego Boga zagrał tutaj Morgan Freeman, który wypadł w tej pozycji bardzo dobrze. To samo w sumie można powiedzieć tutaj o nieszczęsnym Jimie - ten już dawno otrzymał łatkę idiotycznego wiecznego Piotrusia Pana, którego szczytem aktorstwa jest właśnie robienie głupich min. Tu się to trochę zmieniło - śmieszne sytuacje wynikają z innych rzczy niż jego mimika twarzy, uczestniczy w tym też trochę Freeman. Chodzi o to, że Bruce - Jim Carrey - jest lokalnym niedocenianym dziennikarzem telewizyjnym. Chce bardzo prowadzić główne wydanie wiadomości i konkuruje ze swoim kumplem po fachu. Kiedy jednak walkę tę przegrywa, popara w szał. Kiedy mówi do Boga, że chce się z nim widzieć, ten przybywa i daje mu swoje moce na jakiś czas. Okazuje się, że życie Boga jest bardzo interesujące ale tylko na krótką metę i jak na człowieka zbyt odpowiedziale to jest. Bruce przekonuje się o tym dość szybko, tracąc wszystko, co kochał. Kiedy o mały włos nie traci życia, zaczyna doceniać to, czego wcześniej nie widział. I to jest przekaz filmu - doceniać niedoceniane wcześniej.